Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Edukacja oparta na strachu rodzi agresję.

Wróciłam z dwóch konferencji naukowych.  Mnóstwo wrażeń, kontaktów, przemyśleń… Między innymi to tytułowe: strach to też zła motywacja, co gorsza, rodzi ( tak jak i frustracja) agresję. Nasza agresywna młodzież gdy była mała słuchała: „Jak będziesz niegrzeczny/niegrzeczna to przyjdzie i Cię zabierze (Pan, Pani, diabeł, „beboki” – wstawić do wyboru),  ucz się bo dostaniesz dwóję,  dzieci się będą śmiały, dostaniesz karę, pójdziesz do piekła… itp. itd.

Ten strach wzbiera jak fala, aby dnia pewnego przerwać tamę i uderzyć agresją ze zdwojoną siłą. Wszystko czym dzieci straszono, po latach stało się dla nich dziecinne lub przestało mieć znaczenie.

Można zwiększać dawkę strachu: będziesz powtarzać klasę, wyrzucimy Cię ze szkoły (czyli przeniesiemy do innej) …

Wciąż straszone zwierze w końcu zaatakuje, nie będzie miało innego wyjścia, pozostanie mu już tylko agresja.

 

 

 

Testowe szaleństwo to droga donikąd.

W mojej ulubionej księgarni, półki uginają się od różnorakich testów szóstoklasisty. Rodzice kupują zalecane repertoria i zbiory testów. Dzieci uczą się więc DO TESTU.

A przecież taka nauka DO TESTU jest najgorszą z możliwych.

Ktoś powie, że to nie są takie zwykłe testy jak kiedyś, tylko testy kompetencji. Może i taki był zamysł ale wyszło jak wyszło: galowe stroje, cisza w szkole, rankingi szkół, porównywanie dzieci między sobą. Po takiej dawce złej motywacji, czyli zalaniu diesla benzyną jak zawsze obrazowo nazywam złe motywowanie dzieci, nie można daleko zajechać czyli uczyć się chętnie (wyjątki potwierdzają tę regułę).

To nie poziom edukacji się obniża tylko sposób w jaki uczymy nasze dzieci.

Zła motywacja pociąga za sobą całą lawinę klęsk i nieszczęść edukacyjnych. Testy szóstoklasisty to pierwszy z brzegu przykład złej motywacji (fachowo zwanej motywacją zewnętrzną). Zła motywacja w szkole ma miejsce wtedy, gdy uczymy się dla oceny, do testu, aby uniknąć kary (złej oceny, uwagi…). A dobra motywacja jest wtedy, gdy uczymy się dlatego, że coś jest ciekawe, że coś ma dla nas sens, że możemy się czegoś dowiedzieć co nas interesuje (dlatego nazywana jest fachowo wewnętrzną, bo wypływa od wewnątrz jest wewnętrzną potrzebą) . Motywacja zewnętrzna (ta zła) to droga donikąd. O przepraszam, nie tak znowu donikąd, przecież każda droga gdzieś prowadzi. Zła motywacja prowadzi do zniechęcenia, olewania wszystkiego i wszystkich. Skądś to znamy? Z przedszkola? Nie, tam jeszcze dzieci zgłaszają się chętnie do odpowiedzi, w przedszkolu wewnętrzna (ta dobra) motywacja dzieci jeszcze nie jest zduszona. Znamy to z późniejszych lat edukacji dzieci. Nie lubię gdy narzeka się na młodzież. Najpierw zniechęcamy dzieci stertami testów, rankingów, ocen, punktów, egzaminów, porównujemy je między sobą itp. a gdy już tak ładnie zabijemy w nich płomień radości z poznawania tego co nowe, to ogarnia nas  wielkie zdziwienie, że młodzieży się nie chce, nie ma ambicji, weny twórczej, niczym się nie interesuje. Jeśli w dziecku z takim zapałem zabija się dobrą motywację, to musi się udać zniechęcić je kompletnie do nauki.

 

Dlaczego tak trudno z nowymi pomysłami?

Dlaczego tak trudno z nowymi pomysłami?

Bo …. „zawsze tak było”, bo nie pamiętamy, by było inaczej i choć jest źle, nie mamy innych wzorców, „nowe” nie mieści nam się w głowie. A w dodatku kiedyś dzieci na grochu klęczały w klasie i były bite przez nauczyciela i co, no to teraz jednak jest lepiej bo na grochu nie klęczą …  no.. niezupełnie…

Wiemy, że jest źle, na tym polega problem, że wiemy, czujemy, widzimy… ale można to zmieniać, powoli, pomalutku, taka rola też tego bloga i spotkań, seminariów, szkoleń, warsztatów organizowanych przez nasze Centrum wielojęzyczności.

Dobra motywacja nie jest nowym pomysłem, jest tylko nieobecna w szkole i dlatego wydaje się taka dziwna, inna i niemożliwa do zastosowania w praktyce. (Niskie ukłony w stronę wspaniałych nauczycieli, którzy stosują dobrą motywację w klasie. Z roku na rok jest coraz trudniej ze względu na wymogi systemu szkolnictwa w Polsce, wiem, tym niżej się kłaniam przed prawdziwymi nauczycielami).

Co zrobić, aby dziecko się uczyło, jeśli nie możemy postawić mu oceny, ani dać nagrody za nauczenie się czegoś, czyli jeśli nie możemy go źle motywować? (motywacja zewnętrzna, dla jasności nazywana jest przeze mnie złą, gdyż taką jest w istocie, a nazwanie rzeczy po imieniu to już rozwiązanie  połowy problemu).

Małe dzieci zanim pójdą do szkoły bardzo chętnie się uczą wszystkiego co je otacza, zadają mnóstwo pytań i cieszą się każdą nową umiejętnością. I to jest mega zadanie dla rodziców i nauczycieli: utrzymać tę wewnętrzną, dobrą motywację dziecka, nie zdusić jej, pozwolić jej rozkwitać czyli: interesujemy się tym, co dziecko robi, chwalimy jeśli robi dobrze, zachęcamy, podziwiamy, dopingujemy gdy nie wychodzi, bagatelizujemy nieudane próby np. napisania literki, wskazujemy to „a”, które się udało zamiast mówić, że cała linijka jest koślawa za wyjątkiem jednego biednego „a”.  Podążamy za zainteresowaniami dziecka. Jeśli nie lubi szlaczków to może dorysuje rakiecie brakujące elementy. Też nie? Woli kosmonautę dorysować? Ok, tak też ćwiczy rączkę a robi to chętnie. Ten piękny kosmonauta ma z pewnością jakieś imię, które trzeba napisać obok. To nic, że literki niepodobne do siebie, poobracane. Dziecko ma radość, kosmonauta ma imię, następnym razem wyjdzie lepiej a jeśli jest radość, to i szybko nastąpi następny raz. Możemy oczywiście napisać poprawnie obok, rodzic oraz dobry nauczyciel wie jakie jest dziecko, co go zniechęca a co napędza do działania.

Ku mej radości, w szkole usłyszałam od Pani, że dzieciaczki mają ćwiczyć szlaczki, a jak ktoś nie da rady zrobić zadania domowego to nic się nie stanie, ile da radę, ile zrobi zanim się zniechęci, nie zmuszamy, pozwalamy dzieciom na ich własny rytm ale ćwiczymy, szukamy ciekawych dla dziecka ćwiczeń.  To właśnie o to chodzi. Są dzieci, które lubią same wymyślać i „zadawać” sobie szlaczki do zrobienia. Takie zadanie „smakuje” inaczej :-)

Mój maluch niechętnie ćwiczy szlaczki chyba, że są to ślimaczki, ślady śmiesznych ślimaczków, fale dla wieloryba, brakujące elementy płotka albo rakiety. No i ewentualnie literki, już takie prawdziwe, które mają sens, bo przecież jest duży i będzie pisał literki a nie jakieś tam dziwne pochylone kreski. Do jego zdaniem „nudnych” szlaczków dopasowałam całe historie o sprężynkach, mamusiach sprężynkach itd. Na dzień dzisiejszy zasiada chętnie, ćwiczy chętnie. O to chodzi, dziecku ma się chcieć. To jest nasze, dorosłych, najtrudniejsze zadanie, aby dziecko z radością wykonywało zadania domowe, chętnie chodziło do szkoły, lubiło się uczyć.  O, i to jest odpowiedź na pytanie „Czego dzieci powinny uczyć się uczyć w szkole”: radości z uczenia się! To właśnie przyda im się w całym życiu.

Czego dzieci powinny uczyć się w szkole? cz. II

Zrobiłam małe badanie terenowe i zapytałam znajomych bliższych i dalszych, o to  czego dzieci powinny uczyć się w szkole.  Odpowiedzi zebrałam i myślę, myślę…

Dzieci uczą się obserwując dorosłych.

Chcemy aby nauczyły się:

1. Otwartości na inność (to, że uczeń ma fryzurę lub buty, które nam się nie podobają nie oznacza, że musimy mu pokazać,  że jest gorszy. O gustach się nie dyskutuje. Zdarzają się studenci cali w kolczykach na pierwszym roku. A potem, na obronie magisterskiej mają już tylko dwa, a po latach ani jednego… życie.)

2. Uczenia się przez całe życie (miałam alergię na nauczycieli, którzy udawali, że wiedzieli, te ich „sprawdźcie sobie w domu”, zmienianie tematu gdy padało pytanie. Nie ma niczego złego w przyznaniu się, że się nie wie. Nikt nie wie wszystkiego, nauczyciel nie musi wszystkiego wiedzieć, pokazuje, że uczy się przez całe życie).

3. Umiejętności uczenia się (poznanie siebie, swojego stylu uczenia, temperamentu, ulubionej pory dnia na naukę)

4. Wyznaczania celów, ich korekty, realizacji,

5. Rozsądnej wiary w siebie, nie poddawania się, wytrwałości, empatii

i znowu doszłam do podstawy tych wszystkich elementów, do fundamentu czyli dobrej motywacji. Na tym powinniśmy się skupić, reszta będzie dziecinnie prosta.

Sama uważam, że powinniśmy uczyć się tego o czym pisze w książce „Prawidła życia” Janusz Korczak: umiejętności spojrzenia na świat z innej perspektywy. Dzieci nie są głupsze od dorosłych, one mają tylko mniej doświadczenia. Tylko tym się od nas dorosłych różnią. Zrozumienie świata dziecka jest kluczem do sukcesu w edukacji szkolnej.

 

 

 

Czego dzieci powinny uczyć się w szkole? cz. I

Było długo w poprzednim wpisie więc dziś tylko pytanie-przystawka:

Czego dzieci powinny uczyć się w szkole?

Pozwólcie, że policzę który będzie rok gdy maluchy, które teraz poszły do szkoły przejdą na emeryturę. Ja, realistka obstawiam 2084! Czego mamy uczyć dzieci, aby na kilka lat przed ich emeryturą, gdzieś w okolicach roku 2080 potrafiły wciąż cieszyć się pracą, życiem, nie zostały zwolnione… nie zagubiły się w pędzącej rzeczywistości?

Metoda Domana i cudowne, uniwersalne zasady uczenia (się).

W internecie możemy przeczytać różne opinie rodziców stosujących metodę Domana, głównie uczących swoje pociechy czytania. Metoda opracowana została również między innymi do nauki matematyki ale jakoś to czytanie wysuwa się na prowadzenie jako najczęściej stosowane przez rodziców. Metoda jest bardzo skuteczna choć zdarzają się mamy, które piszą na forach internetowych, że ta metoda u nich nie sprawdziła się. Nie jest to do końca takie jednoznaczne, są różne dzieci i różne mamy. Nic na siłę.

Jedno jest pewne, zalecane przez Domana „warunki” do nauki są absolutnie pierwszorzędnej wagi. Stosuje się je nie tylko w nauczaniu domowym, czy nauczaniu dzieci przed ich pójściem do szkoły, zasady Domana są wprowadzane do szkół w krajach, którym zależy na prawdziwym wykształceniu obywateli i mądrym społeczeństwie.

Oto cudowne zasady:

- Rodzic radośnie, entuzjastycznie i z dużym zaangażowaniem podchodzi do każdej sesji/lekcji, to ma być świetna zabawa,

- Naukę kończy się zanim dziecko się znudzi, zanim samo poprosi o zaprzestanie.

- Zarówno rodzic jak i dziecko przystępują do nauki gdy są zdrowi, wypoczęci i szczęśliwi.

A teraz uwaga! Co bardzo ważne:

- Nie kontroluje się dziecka, nie sprawdza wyników nauczania. To znaczy sprawdza ale pośrednio czyli np. leżą dwie karty z napisami TATA i MAMA. Zamiast kazać dziecku czytać i tym samym sprawdzać czy potrafi przeczytać te słowa, pytamy „kto teraz jest w pracy?” Jeśli dziecko się waha, należy podpowiedzieć podnosząc właściwą kartę z entuzjazmem i radością mówiąc: „Tak, TATA jest w pracy”. Buziak, pochwała i przytulanki. Przy takim podejściu dziecko wie jedno: jak miło jest się uczyć! Oczywiście tata faktycznie jest w pracy a mama bawi się z dzieckiem w czytanie (wolę dodać dla pewności).

Gdy mój dwuletni synek pisał literki i mówił co pisze, ja doprawdy musiałam mu uwierzyć na słowo, bo można było wszystko powiedzieć o jego dziele ale nie to,  że przedstawia kreślone literki, nie przypominało liter, które on twierdził, że rysuje. No i co z tego. Mama była zachwycona, a dziecko, zadowolone ze swej skuteczności w pisaniu, dalej kontynuowało „ćwiczenie”. Skuteczność jest jednym z filarów dobrej motywacji.

By nauka była skuteczna, na dziecko nie wolno wywierać presji, popędzać je ani krytykować. W przeciwnym razie maluch się zniechęci i straci motywację. Czy tylko maluch? Duzi też nie lubią się uczyć gdy muszą, gdy czas goni a w dodatku gdy wiedzą, że za podjęty wysiłek spotka ich z pewnością większa lub mniejsza krytyka.

Co więcej, sprawdzanie osiągnięć jest zaprzeczeniem nauki. Jest brakiem szacunku i zaufania do uczącego się. Takie dziecko czuje, że rodzice nie wierzą w jego umiejętności, nie wierzą, że da radę, nie widzą, że przecież zrobi postępy.

Przeginam? To nie ja, to Glenn Doman :-) i jego cudowne podejście do nauki u dzieci.

Małe dialogi a cieszą.

Jedną z metod nauki języka zgodnie z zasadami przedstawianymi na naszych warsztatach jest odgrywanie małych dialogów w miejscach publicznych. Są osoby, którym ta zabawa sprawia wiele frajdy i cudownie motywuje do dalszej nauki.

Stosowałam ją odkąd pamiętam. Mając 15 lat, jeździłam z koleżanką na rowerowe spacery. Mijając przechodniów rozmawiałyśmy sobie powtarzając te same kwestie (przechodnie przecież się zmieniają więc wałkować można w kółko to samo :-))

Pamiętam jeden z pierwszych, ćwiczonych w ten sposób, dialogów:

- Où est ton père? (Gdzie jest Twój ojciec?)

- A la maison (W domu)

- C’est vrai? (To prawda?)

- Oui. (Tak)

Ta mini konwersacja, odgrywana podczas rowerowego spaceru kilkakrotnie, dawała nam całkiem przyjemne uczucie rozmowy w języku francuskim, którego wtedy zaczynałyśmy się uczyć..

Mini dialogi w miejscach publicznych, dla lubiących tego typu atrakcje, są przyjemną motywacją, zachęcają do dalszej nauki.

20m2 Łukasza Jakóbiaka w Katowicach.

Wczoraj miałam przyjemność uczestniczyć w motywacyjnym wykładzie Łukasza Jakóbiaka. Było bardzo fajnie, ciekawie, inspirująco. Dziękuję Łukaszowi oraz publiczności. To co pokazałam, to malutki fragment moich warsztatów, na których sporo mówimy o dobrej motywacji.

Brak ochoty na cokolwiek, pozostawanie w łóżku przez długie godziny dnia, dotyka wielu młodych ludzi. Tak właśnie kończy się „jazda” na złej motywacji.

Na warsztatach przyrównuję dzieci do samochodów z silnikiem diesla, do których tankowana jest benzyna. Czy taki samochód pojedzie, czy się zepsuje? Pozostaje holowanie lub laweta… I to właśnie dlatego już pod koniec podstawówki zaczyna się zniechęcenie, które w gimnazjum przeżywa swój rozkwit i często trwa latami… robimy tylko to, co musimy.

Nie dajmy się złej motywacji, nie dajmy się zniechęcić. Wszystko jest możliwe, jeśli tylko „pojedziemy na właściwym paliwie”.

Dobre motywowanie jest jak tankowanie właściwego paliwa. Zalałam raz swojego diesla benzyną, oj bolało …

 

Warsztaty pt.: „Co zrobić, by dziecko MÓWIŁO w języku obcym?”. Jak było?

Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom oraz współorganizatorom warsztatów za przybycie. To dzięki Wam mogły mieć miejsce. Czy coś mnie zaskoczyło? Zaangażowanie uczestników. Warsztatowa forma sprawdziła się znakomicie. Ponieważ chętni zgłaszali się na warsztaty do ostatniej chwili, przygotowałam więcej prezentów, aby nikomu nie zabrakło książkowego upominku.

Dzisiaj, zgodnie z umową, pojechałam oddać nadwyżkę książek do zaprzyjaźnionej księgarni.

Synek pyta: „Gdzie jedziemy?”

Ja: „Do księgarni oddać książki.”

Na miejscu, synek zastanawiając się drąży temat:” My jesteśmy w księgarni czy w bibliotece?”

Ja: „W księgarni.”

Synek, bardzo zdziwiony, z całych sił starający się ułożyć sobie jakoś ten świat wokoło docieka: „To dlaczego oddajemy książki?”  :-)

Montessori w Polsce. Czego się boję?

 

Obecnie w Polsce panuje swoista moda na Montessori. Czego się boję? Że zepsujemy metodę Marii Montessori nie selekcjonując nauczycieli, którzy chcą ją stosować. Nie każdy, nawet po kursach, szkoleniach i stażach, może uczyć metodą Montessori. No niestety, nie każdy. Nie ma w tym niczego złego, są różne zawody tak jak różni są ludzie. Najważniejszym jest to, aby wybrać dla siebie odpowiednie zajęcie, zgodnie z temperamentem, usposobieniem, zainteresowaniami.

To samo dotyczy pracy jako nauczyciel w przedszkolu lub szkole stosującym metodę Montessori.

Odnoszę wrażenie, a może to tylko wrażenie, że w Polsce nazbyt skupiamy się na przyrządach i rekwizytach służących do nauki metodą Montessori. One są ważne, owszem, ale w tej metodzie najważniejszy jest ODPOWIEDNI nauczyciel. Charyzmę się ma, bądź nie, z tym się trzeba zwyczajnie urodzić.

Nauczyciel Montessori uwielbia dzieci, uwielbia patrzeć jak te małe istotki odkrywają świat. Prowadzi je, zachęca, chwali. Na rynku dostępnych jest sporo opracowań metody, ja sięgnęłam do źródła czyli książki ” Le Case dei Bambini” („Domy dziecięce”) autorstwa samej Marii Montessori. Polskie wydanie dostępne dzięki wydawnictwu Żak. Polecam serdecznie.